Turbiny wiatrowe powodują depresję i zawały serca. Hałasują jak odkurzacz. Zyski trafiają wyłącznie do zagranicznych inwestorów, krowy przestają dawać mleko, a kury znosić jaja.
Nie, nie są to cytaty z marginalnego forum. Ministerstwo Klimatu i Środowiska zebrało ten katalog podczas inauguracji programu DezinfoRADAR w listopadzie 2025 roku – inicjatywy uruchomionej właśnie dlatego, że skala problemu wymknęła się spod kontroli. Według raportu Instytutu Monitorowania Mediów co piąty komunikat w sieci dotyczący energetyki jest dziś dezinformacją. „Dezinformacja to istna plaga naszych czasów” – mówiła podczas otwarcia wiceministra Urszula Zielińska. „Prawie 9 na 10 osób w tym kraju zetknęło się z fałszywymi informacjami. Niestety, wiele osób nie potrafi oddzielić ich od prawdziwych.”
Dezinformacja nie wygrywa dlatego, że jest dobra. Wygrywa dlatego, że jest pierwsza.
Sedno problemu komunikacyjnego w energetyce wiatrowej (i nie tylko w niej) jest właśnie tutaj. Nie w tym, że ludzie chętnie wierzą w bzdury. W tym, że wierzą w to, co usłyszą jako pierwsze, i mają do tego pełne prawo, jeśli nikt inny wcześniej się nie odezwał.
Rozumiem, dlaczego komunikacja w dużych projektach inwestycyjnych zaczyna się późno. Najpierw due diligence, pozwolenia, negocjacje, badania środowiskowe – wszystko, co trzeba domknąć zanim cokolwiek stanie się oficjalne. Logika jest prosta: nie mów za wcześnie, bo możesz mówić o rzeczach, które się nie wydarzą.
Tyle że ta logika oddaje inicjatywę innym. Próżnia informacyjna nie zostaje pusta, wypełnia ją ktoś, kto nie ma ani Twoich danych, ani Twoich intencji. A każda późniejsza korekta musi walczyć z emocjonalnym filtrem, który zdążył już powstać.
Kto milczy, ten oddaje narrację.
Badania More in Common Polska z sierpnia 2025 roku pokazują, że 64% Polek i Polaków popiera rozwój lądowych farm wiatrowych – ponadpartyjnie, w tym wśród mieszkańców wsi i mniejszych miejscowości. Większość ankietowanych akceptowałaby budowę farmy w swoim sąsiedztwie. Autorzy wprost piszą, że wyniki „przeczą powszechnemu przedstawianiu debat o wiatrakach jako konfliktu między miastem a wsią.”
A jednak lokalne inwestycje regularnie napotykają na opór. Gdzieś między szerokim poparciem a turbiną widoczną z okna coś się zmienia. Z tych samych badań wynika, że 67% Polek i Polaków chce, by operatorzy farm dzielili się zyskami z okolicznymi mieszkańcami. Ludzie nie są przeciwko wiatrakowi. Chcą być częścią procesu, nie jego efektem ubocznym.
Ten sam mechanizm obserwuję w różnych branżach od lat a punkt zwrotny zawsze wygląda podobnie. Nie większy budżet na komunikację, nie lepsza prezentacja danych. Ktoś po prostu pojawił się w danej społeczności wcześniej, zanim projekt miał oficjalną nazwę i ktokolwiek zdążył zorganizować sprzeciw. Przyszedł bez slajdów, z pytaniem o perspektywę a dzięki temu, gdy wracał potem z konkretem, trafiał do ludzi, którzy czuli się częścią tej historii, nie jej stroną przeciwną.
Brzmi prosto. Najtrudniejsza część jest organizacyjna: żeby komunikacja mogła zacząć się wcześnie, ktoś w firmie musi podjąć tę decyzję, zanim reszta organizacji uzna, że nadszedł odpowiedni moment. A ten moment (jak pokazuje energetyka wiatrowa) często przychodzi za późno.
W All Hands Agency pracujemy z organizacjami, które komunikują się w miejscach, gdzie decyzje dotykają konkretnych ludzi i konkretnych społeczności i gdzie zaufanie buduje się długo, a traci szybko.